Michael został doprowadzony do niewielkiego pokoju utrzymanego w polowych warunkach. W środku znajdowała się tylko prycza i wiadro. - Do środka. - Rzekł kapitan asasynów krótko, lustrując zamaskowanego wzrokiem.
Posłaniec za drzwiami wyglądał na nieźle skołowanego widokiem Wojny. Najwyraźniej nie wiedział, po kogo go wysłano. - Emm... Mistrz Darcus chciałby się z wami widzieć. Mam was doprowadzić do szpitala, gdzie teraz przebywa. - Wybąkał asasyn, spoglądając na wyższego od niego Jeźdźca Apokalipsy.
Asasyni strzegący bramy do podziemia spoglądali na trójkę stojącą teraz przy wyjściu, jednak najwyraźniej uznali, że interwencja nie jest potrzebna.
Cedrik znalazł się na dziedzińcu głównej siedziby Kręgu Pierścienia i od razu ogarnął go niesmak. Odkąd bowiem pamiętał, miejsce to o każdej porze dnia i nocy wypełniał cały tłum ludzi pędzących za należnymi im sprawami. Teraz jednak było tam niebywale pusto. Co prawda wciąż tu i ówdzie kręciło się kilkoro mężczyzn i kobiet, jednak było to niezwykle mało jak na tamtejszy typowy ruch. Brakowało charakterystycznego wigoru, poczucia, że dzieje się tutaj coś ważnego dla świata. Co gorsza, Cedrik miał bardzo silne podejrzenia, dlaczego tak jest i właśnie to napawało go uczuciem, którego nie czuł od bardzo wielu lat. Strachem. Czym prędzej ruszył po znanej sobie dobrze trasie, którą ostatnimi czasy pokonywał przecież tak często... Kiedy dotarł do wielkich, solidnych, dębowych drzwi, które niczym fatum ciążyły nad całą siedzibą Kręgu, uniósł rękę, by w nie zapukać, jednak zanim jeszcze jego odziana w rękawicę dłoń zetknęła się z twardym drewnem, te otworzyły się same. Cedrik westchnął, przełknął ślinę i wszedł do środka, nerwowo zaciskając palce na krysztale od Novy, podczas gdy drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Wewnątrz poza bogatym wnętrzem dało się ujrzeć spory nieporządek oraz grubą warstwę kurzu na meblach i sprzętach, które widocznie nie były używane od dawna. Pośród tego wszystkiego stał nieruchomo mężczyzna odziany identycznie jak Cedrik, z dłońmi splecionymi za plecami, wpatrując się w idealnie okrągłe zwierciadło umieszczone w ścianie, przypominające pionową taflę wody.
- Cedriku. - Rzekł mężczyzna głosem bez żadnego wyrazu, nie zmieniając pozycji, ani nawet nie odwracając się. - Spodziewałem się ciebie. - Dodał tym samym, monotonnym tonem.
- Casimirze... - Przywitał się niepewnie przybysz, podchodząc do Casimira i rozglądając się. - Kiedy ostatnio ktoś tu sprzątał? - Zapytał, wciąż poddenerwowany całą tą sytuacją.
- To nieistotne. Jak posuwają się prace nad Ostrzem Świata? - Zapytał tamten, nawet nie bacząc by spojrzeć na swego gościa.
- Będzie gotowe na czas. Ja... Jestem tu w innej sprawie. - Zaczął niepewnie Cedrik.
Casimir milczał przez moment. - Słucham cię. - Powiedział po chwili.
- Chcę z tobą porozmawiać o Kulcie. - Westchnął.
- Cedriku, ustaliliśmy to już. Grupa bandytów, niezależnie czy wojują maczugami, czy magią, nie stanowi zagrożenia dla równowagi sił, ani zadania dla Kręgu. - Odparł najwyraźniej przywódca Kręgu Pierścienia ze stoickim spokojem.
- Tyle, że to nie jest jakaś tam grupa bandytów. Zamordowali mnóstwo niewinnych ludzi, mają ogromne wpływy, zrujnowali kilka poważnych akcji i w dodatku posiadają sojusze z istotami spoza tego świata. - Próbował argumentować Cedrik.
- To wciąż za mało, żebyśmy wkroczyli. Było wielu takich jak oni i żaden taki przypadek nie wymagał naszej reakcji. Obecna sytuacja nie jest inna. - Mówił Casimir cierpliwie tym samym, pustym głosem.
- Mylisz się, Casimirze. Ta sytuacja jest inna. I jestem w stanie to udowodnić. - Rzekłszy to Cedrik wyciągnął dłoń ze znajdującym się na niej kryształem.
Gospodarz po raz pierwszy od początku wizyty spuścił wzrok ze swego zwierciadła. Spojrzał na kryształ, po czym chwycił go, a następnie za pomocą telekinezy umieścił w lustrze, zatapiając w tafli, co wywołało rozejście się po niej pojedynczej fali, po czym wrócił do swej poprzedniej pozycji. Przez chwilę obaj mężczyźni milczeli i pozornie nic się nie zmieniło. Tylko pozornie.
- Podłożyłeś pluskwę. - Zwrócił uwagę Casimir po dłuższej chwili milczenia.
- Owszem. Mam nadzieję, że teraz już dostrzeżesz, iż... -
- Zawiodłem się na tobie, Cedriku. - Przywódca Kręgu odwrócił się i spojrzał swemu podwładnemu w oczy. - Poprosiłem cię o stworzenie Ostrza Świata, by stawić czoła prawdziwemu zagrożeniu, ale ty zamiast tego marnujesz czas na swoje obsesje. Naprawdę, oczekiwałem po tobie więcej. - Choć jego słowa były poważne, jego ton nie zmienił się. Nie wyrażał żadnych emocji.
Cedrik wyglądał na zawiedzionego. - Jak możesz tak mówić... Po tym co przeszliśmy razem, ty i ja... - Rzekł w końcu, a w jego głosie zagościła gorycz.
- To nie jest istotne. Istotne jest to, że zaniedbujesz swoje zadanie. - Sprostował Casimir.
- I nie obchodzi cię wcale to, co mam do pokazania? - Zapytał, przenikliwie spoglądając swemu przełożonemu w maskę.
- Pokazałeś mi zaklęty kawałek skały i odrobinę burzy śnieżnej. To nie jest żaden dowód. - Odparł przywódca Kręgu.
- Czy naprawdę nie znaczy dla ciebie nic to, że ci 'pospolici bandyci' są na dobrej drodze do zamrożenia całego kontynentu?! - Cedrik podniósł głos, podczas gdy adrenalina zaczęła wypełniać jego żyły.
- To tylko zima. Ci ludzie są w stanie to przeżyć. Nie oznacza zagrożenia dla równowagi. Nie przeznaczę zasobów Kręgu dla takiej dziecinnej zagwozdki. - Mimo coraz bardziej żywiołowych reakcji jego gościa, on wciąż zachowywał ten stoicki, wręcz niepokojący spokój.
- A niby na co je przeznaczysz?! Krąg praktycznie nie działa! Od lat nie było tu takiej pustki! - Krzyczał wściekły Cedrik, wskazując palcem na drzwi za sobą.
- Nasze zasoby są wykorzystywane we właściwy sposób. Nie powinieneś kwestionować moich decyzji. - Odparł Casimir.
- Ale czy one aby na pewno są twoje?... - Spuścił nieco z tonu jego rozmówca, opuszczając rękę i patrząc na gospodarza spode łba.
- Czyżbyś miał jakieś wątpliwości? - Przywódca Kręgu uniósł głowę nieco.
- Owszem. Wątpię w twoje umiejętności właściwego doboru doradców. - Wypalił prosto z mostu Cedrik.
Casimir milczał przez chwilę. - Moi doradcy to moja sprawa. Nie powinno cię to interesować. - Rzekł wreszcie, a w jego głosie słychać było nutkę zniecierpliwienia.
- To nie są twoje słowa... Tak bardzo nie brzmisz jak ty... Jakbyś zupełnie nie był sobą... Jakbyś nie był już Casimirem Curunirem... - Mówił Cedrik, bardzo zawiedziony swoim przywódcą.
- Tak? A kim twoim zdaniem jestem? - Tym razem w jego głosie zagościła arogancja.
- Salahielem Olorinem. - Odparł rozmówca, a jego głos bardziej niż zwykle zdał się roznieść echem po obszernym gabinecie.
Nastała długa chwila milczenia obu mężczyzn. Bez słowa wpatrywali się oni w swoje maski, każdy z nich w oczekiwaniu, aż ten drugi coś powie.
- Ta rozmowa jest zakończona. - Przełamał w końcu ciszę Casimir, odwracając się z powrotem do zwierciadła.
Cedrik wyglądał jakby właśnie ktoś strzelił go w twarz. - Zamierzasz... Wypiąć się na mnie? Porzucić to wszystko, co nas łączy i pozwolić, by ten żmij sączył jad do twojego serca? Czy naprawdę jesteś na tyle naiwny, żeby... -
- Dosyć. - Głos Casimira zabrzmiał jak nigdy przedtem. Poniósł się po pomieszczeniu niczym odgłos bębnów, podczas gdy źródła światła w pomieszczeniu przygasły, spowijając je w niepokojącym półmroku, a meble zaskrzypiały i zatrzęsły się, wzburzając tumany kurzu w powietrze. - Wynoś się stąd. W tej chwili. - Słowa te uderzyły Cedrika mocniej, niż którekolwiek inne. Przez chwilę stał tak, nie wiedząc co myśleć, załamany, ale zaraz zreflektował się. - W porządku. Jeśli tego właśnie chcesz, odejdę... - Odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi, które otworzyły się. - Ojcze... - Szepnął sam do siebie, podczas gdy wrota z hukiem zamknęły się za nim.