Wan doskoczył na odległość krótkiego strzału do bestii i wystrzelił ze swojego łuku, trafiając akurat obracającą się panterę w szczękę, jednak strzała odbiła się od niej nie zostawiając nawet rysy. W tym momencie naprzód wystąpił Darcus, rzucając nożem, jednak potwór machnął łapą, odbijając ostrze i warcząc, już w pełni świadom obecności łowców. Zapowiadało się ciężkie starcie...
Tymczasem w klasztorze Opiekunów, wciąż zrujnowanym po ostatnim starciu z Amshorem, Stonnos, stojąc pośród zgliszczy, przeglądał jedną ze swych starych ksiąg. Mimo widmowej atmosfery panującej w pokrytych gruzem salach, wydawało się, że jedynym co mogłoby przerwać spokój jest miarowy stukot towarzyszący krokom przechadzających się korytarzami golemów, pozostawionych na miejscu przez Skałę na wypadek kolejnych ataków. Nagle nieobecny dotąd wicher zawiał mocno przez dziurę w suficie i przed niegdysiejszym bogiem skały stanął Powiernik wiatru odziany w szare szaty z kapturem. Jego twarz zdobiły opływające ją gładko długie włosy oraz zarost w stylu mistrza egzotycznych sztuk walki, a także wiecznie marsowa, zamyślona mina. Zbliżył się on do ostatniego pozostałego przy życiu Opiekuna, który zdawał się umyślnie ignorować gościa, nawet, gdy ten odchrząknął głośno, grzmiąc niczym huragan.
- Stonnosie. Potrzebna nam twoja pomoc. - Odezwał się w końcu wietrzny, a jego żywioł zawiał, przenikając transparentną postać.
Tamten nie oderwał się nawet od księgi, nie mówiąc już nawet o odezwaniu się.
- Stonnosie... To bardzo ważne... - Kontynuował uparcie Wiatr, podchodząc kilka kroków bliżej.
- Mam już dość was i waszych 'ważnych' spraw. Wielcy stwórcy, najpierw udajecie wszechpotężnych, a zaraz potem wracacie z podkulonym ogonem i błaganiem o pomoc. - Zakpił gniewnie w pewnym momencie Stonnos, nie przerywając wykonywanej czynności. Odwrócił jedynie kartę księgi.
Wiatr wyglądał na skonfundowanego. - Nie bardzo cię rozumiem... - Rzekł łagodnie w niemal niemel konsternacji, a powietrze zaświszczało w rytm jego słów.
- Mam już tego po dziurki w nosie. A raczej miałbym, gdybym posiadał nos. Argh... - Warknął Opiekun i zatrzasnął księgę z hukiem. - W trakcie upływu ostatnich dni, w towarzystwie tych chodzących kup gruzów, miałem bardzo dużo czasu, żeby sobie kilka spraw przemyśleć. - Rzekł, odwracając się do Wiatru.
Ten zaś, zaciekawiony, potarł podbródek. - Co mam przez to rozumieć? - Zapytał neutralnym tonem, starając się w tym czasie nie zgadywać odpowiedzi.
Stonnos zmrużył oczy i wziął głęboki wdech. - Od samego początku byłem jedynym z Boskich Strażników, który pozostał lojalny, mimo, iż byłem też najmłodszym. Odkąd zapieczętowano Pałac Vakhana, a moi bracia i ja powstaliśmy i dostaliśmy zadanie ochrony Pieczęci Wieczności, jako jedyny nie wdałem się w konflikt pozostałych i pamiętałem o swojej misji. Kiedy śmiałem wspomnieć o tym innym, Beliar wbił mi kawałek stali między żebra. Raz już zginąłem w obronie waszej idei. I co dostałem w nagrodę? Wskrzeszenie, oczywiście do dalszej służby. - Stonnos prychnął z pogardą. Wiatr już miał coś odpowiedzieć, ale Opiekun kontynuował. - Ale to nie wszystko! Potem praktycznie was nie zobaczyłem przez całe tysiąclecia! Miałem sobie radzić sam, nie licząc tych kilku towarzyszy, których mi wtedy daliście. Ale jakoś to przebolałem. Radziłem sobie. A potem przyszedł sobie śmiertelnik z magicznym mieczem i powybijał wszystkich. Poza mną, rzecz jasna, bo nie omieszkaliście związać na zawsze mojego losu z tą cholerną pieczęcią, żebym nawet nie pomyślał o zrezygnowaniu. A kiedy ten nadęty głupiec, Amshor, przybył tu i zrujnował mój dom, przed czym nie mogłem się bronić, bo jeden z was zabrał mi całą moc, jedyne co zrobiliście to postaraliście się, żebym przeżył, nawet gdybym miał to zrobić z kupą gruzów na plecach... - Wysyczał ostatnie zdania, coraz bardziej uniesiony swoją własną przemową. Wiatr zaś tylko stał z założonymi rękami i słuchał dalej.
- Jeśli jednak sądziliście, że moja altruistyczna służba dla was potrwa wieczność, to popełniliście błąd, dając mi wolną wolę... - Rzekł w końcu nieco spokojniej, ponownie mrużąc oczy, najwyraźniej oczekując po Wietrze jakiejś reakcji.
- Zamierzasz więc się zbuntować? - Zapytał zdziwiony całą sytuacją co nieco Powiernik.
Stonnos milczał przez chwilę, zaciskając pięści. - Nie. Dobrze wiem, co to by oznaczało dla całego Wszechświata. - Powiedział niechętnie, jednak zaraz się zreflektował. - Co nie znaczy, że zamierzam dalej wam ślepo służyć. Od tej pory chcę czegoś w zamian. - Rzekł, wytykając wietrznego przybysza palcem.
- Czego więc chcesz? - Zapytał ze stoickim spokojem ten ostatni, prostując się.
Opiekun milczał przez chwilę, jakby ważąc słowa, bądź też zastanawiając się, czy Powiernik naprawdę chce wysłuchać jego żądań. A może jedno i drugie?
- Po pierwsze, chcę odzyskać moich Opiekunów. Chcę z powrotem Dagotha, Tegona, Moriusa, Keliosa, Demosa, Fariona, Wakona, Narusa i Gadera. -
- Obawiam się, że żądasz zbyt... -
- NIE OBCHODZI MNIE jak to zrobicie. Swojego brata już wskrzesiliście. Potraktujcie to jako wskazówkę co do tego, co zrobić i w tym przypadku. - Stonnos wziął oddech.
- Po drugie, wiem, że nie mam co liczyć na odzyskanie swojej boskiej potęgi, ale chcę z powrotem Moc Czterech, którą już raz ofiarowaliście mi po wskrzeszeniu. O ile dobrze wiem, a na pewno dobrze wiem, wyparowała ona w przestrzeń eteryczną po potyczce Śmierci z Wall-Durem, tym demonem. Nieważne, czy chcecie dać mi ją na nowo, czy odzyskać, chcę ją dostać. - Podał kolejny warunek i przerwał na moment, mierząc Wiatr wzrokiem.
- Czy to już wszystko? - Zapytał w pewnym momencie Powiernik.
- Nie. Jeszcze jedno. Nawet jeśli spełnicie dwa pozostałe warunki, ja i moi Opiekunowie wciąż nie będziemy mieli dość sił i czasu, by działać własnoręcznie. Chcę odbudować Święty Krąg Opiekunów. Znajdźcie mi dziesięciu kandydatów, którzy przywrócą tej gildii jej dawną świetność. Połowa z nich ma nadawać się na Haradrimów, druga na Asgardów, a przynajmniej jeden na oba te stanowiska. Jego siła ma być ma być nie mniejsza niż tego, który zdradził jako pierwszy. - Mówił Opiekun.
- Chyba nie masz na myśli... -
- Tak, do diabła, właśnie jego mam na myśli! Przyprowadźcie mi kogoś, kto będzie przynajmniej tak silny jak ten, który teraz zwie się Chaosem, kiedy jeszcze był moim uczniem... - Zażądał Stonnos.
- Masz jeszcze jakieś wymagania? - Dopytywał się Wiatr, nieco zmęczony całą tą sytuacją, ale bynajmniej nie lekceważący.
- Owszem. Szukajcie ich wśród śmiertelników. W moim obecnym stanie nie mam siły, żeby kontrolować demony, czy anioły. Musicie też być absolutnie pewni, że się nadadzą. Nie mam czasu, by każdego testować osobiście. Wszystko jasne? - Zapytał w końcu, wyraźnie poirytowany tym, że musi w ten sposób walczyć o swoje.
- Niech będzie, Stonnosie. Otrzymasz to, czego chcesz. Pamiętaj jednak, że wciąż jesteś zobowiązany przez swoje przeznaczenie. Nie zapomnij o tym... - Przestrzegł Wiatr, po czym rozwiał się w powietrzu.
- To się jeszcze okaże... - Rzekł sam do siebie złowrogo Opiekun, ponownie otwierając księgę.
Tymczasem Kate, prawdopodobnie wciąż śpiąca w łóżku w domu Baby Jagi, została w pewnym momencie obudzona przez coś, co delikatnie łaskotało ją po policzku.