- Idziemy się zobaczyć z waszym przywódcą. A teraz zejdźcie z drogi. - Cedrik uniósł dłoń, zaś orkowie przy bramie nagle w dziwny sposób poczuli, że dwójka ludzi stojących przed nimi nie jest żadnym zagrożeniem i koniecznie powinni zostać przepuszczeni, podczas gdy kusznicy na murach nagle poczuli wyjątkowo silną senność nie do opanowania.
- Spokojnie, przecież nic się nie dzieje. - Uniosła dłonie w prześmiewczej defensywie, uśmiechając się wobec łatwości z jaką Michael się denerwował. - Chociaż w sumie to nie do końca mówisz prawdę... - Dodała nieco ciszej.
Tymczasem Amshor, wywijając zręcznie ognistym toporem, torował sobie drogę przez wymiar Leng, który znajdował się głęboko we wnętrzu Morgradu, chaotycznego bytu otulającego centrum Wszechświata. Metaliczny wojownik zagłębiał się coraz bardziej w korytarze starożytnych, aczkolwiek wciąż zamieszkanych, zabudowań pod krwistoczerwonym niebem, z trudem radząc sobie z chroniącymi ich demonami legionu Eligora, pana tego wymiaru. W końcu, po wielu godzinach szukania drogi w budynkach wijących się jak labirynty i przecinających górzystą ziemię tego świata niczym rzeki, Amshor dotarł do komnaty przypominającej dawną siedzibę samego Beliara, z kolumnami, licznymi ozdobami i wielkim tronem, na którym siedział władca wymiaru, Eligor. Nie przypominał jednak demów zamieszkujących Drugie Królestwo, a raczej te, które były dawniej najbliższe bogu ciemności. Był pokryty czarną skórą poprzetykaną tu i ówdzie czerwonymi pasami, jego głowa bardziej niż ludzką przypominała pysk potwora, przy plecach miał dwoje średniej wielkości skrzydeł, przy nienaturalnie wielkich łapskach spore szpony, zaś zamiast nóg od pasa w dół wężowy ogon, który był jednak na tyle krótki, by podczas niskiego lotu nie ciągnął się po ziemi.
- Eligorze! - Zawołał Amshor, pewnie maszerując w jego stronę, mimo iż wyczerpany po walce, to z silnym poczuciem, że dopnie swego.
- Amshor... - Rzekł demon w zadumie, podnosząc wzrok, zaś w jego pysku zdawał się płonąć ogień. - To prawdziwa arogancja z twojej strony pojawiać się tutaj. Mój mistrz chętnie obejrzałby twoje zwłoki... I wynagrodził mnie za to... - Eligor wydawał się zadowolony perspektywą którą właśnie przytoczył, podnosząc się z tronu i wprawiając skrzydła w ruch, by unieść się niewysoko ponad ziemię.
- Jestem tu po to, żeby złożyć ci propozycję. - Rzekł Amshor, podpierając się swym toporem. - Gdy dam ci znak, masz powiedzieć swemu panu że jestem tutaj i demoluję okolicę, on zaś ma wezwać Powierników. Oni opuszczą Krainę Kuźni, a ja zajmę się swoimi sprawami. - Zażądał krótko metaliczny wojownik, wpatrując się bezceremonialnie w demona dwukrotnie większego od niego samego.
- A dlaczegóż miałbym pomagać tobie, wygnańcze, zdradzając jednocześnie mojego mistrza i narażając się na gniew sił, z którymi ani ty, ani ja, nie możemy się równać? - Zapytał wymownie Eligor, cały czas pogardliwie się uśmiechając, kiedy spoglądał na nieproszonego gościa, jakby miał nad nim jakąś przewagę, co samego przybysza niemiłosiernie irytowało.
- Ponieważ cenisz sobie swoje życie. Jeśli odmówisz, zabije cię... - Odparł krótko coraz bardziej zdenerwowany Amshor, chwytając swój topór pewniej i prostując się w geście który ewidentnie oznaczał groźbę.
Na to Eligor kłapnął szczękami i zmrużył oczy, z których po wpatrzeniu zdawały się błyskać iskry. - A co sprawia, że sądzisz, iż jesteś w stanie? - Zapytał, zdradzając oznaki gniewu.
- Nie pogrywaj ze mną, demonie. Pokonałem Samaela, z tobą też sobie poradzę. - Chełpił się Amshor, unosząc topór w górę.
Eligor w mgnieniu oka, na które ewidentnie możliwość jego skrzydeł by nie pozwalała, gdyby nie jakaś magia, rzucił się na Amshora i zasadził mu potężny cios pięścią. Metaliczny wojownik odleciał na ścianę, po drodze swym pędem niszcząc jedną z kolumn.
- Wygląda więc na to, że ten stary cap tylko się z tobą bawił! - Wrzasnął demon i ponownie ruszył naprzód, chcąc złapać metalicznego wojownika, ledwie jednak zdążył go chwycić za gardło i unieść, jego ciało zostało przeszyte na wylot potężnym ostrzem ognistego topora, zmuszając go do upuszczenia swej zdobyczy, cofnięcia się i złapania oddechu, podczas gdy jego wnętrzności zapłonęły.
- Przekonasz się, że jestem wystarczająco silny i przeciw tobie, Eligorze... - Syknął Amshor z triumfalnym uśmieszkiem, podnosząc się i stając w pozycji bojowej.
- Argh... Na szczęście nie będę musiał... Już wiedzą... - Mruknął podejrzanie zadowolony demon mimo niemal śmiertelnej rany, za którą teraz chwytał się jedną ręką.
- O czym ty mówisz?! - Zdziwił się i zirytował metaliczny, wskazując go groźnie toporem.
- ...ponieważ zawsze byłem lojalny wobec moich mistrzów... - Eligor uśmiechnął się, przenosząc wzrok na coś, co znajdowało się za Amshorem...
Ten odwrócił się prędko, ale było już za późno na reakcję. Został uderzony złotą laską i posłany w powietrze, podczas gdy w całym pomieszczeniu zapanował niezwykle jasny, niemal oślepiający blask. Przez całe to zamieszanie dało się słyszeć rechot Eligora, który, sądząc po odgłosach, wycofał się na bezpieczną odległość, podczas gdy Powierniczka imieniem Światło zbliżyła się do Amshora, który właśnie opadł na ziemię, dematerializując swój artefakt i przywołując w dłoniach dwa krótkie ostrza stworzone z czystego światła...