-Założę się, że wielu już tak mówiło. A jednak nasz wymiar wciąż istnieje.
Upadł na ziemię z wyczerpania. Wiedział, co musiał teraz zrobić, ale zamiast tego wpatrywał się w niebo próbując zrozumieć, co się właściwie stało.
Właściciel
- Wątpię żeby wpuszczali tam każdego. - odparł krasnolud.
Tymczasem karawana dotarła na teren wykopalisk bez większych problemów. Było tu pełno ludzi, cały teren zaczął być otaczany przez niewielki drewniany mur z wejściem od wschodniej strony. Przed dwoma dużymi słupami stanowiących póki co bramę stało dwóch strażników. Część ludzi była zajęła rozkładaniem dużej ilości namiotów i sprzętu. Inni zaczynali powoli zbierać i segregować mniejsze fragmenty zawalonej wieży.
- Jesteśmy na miejscu, ci którzy chcą pomóc niech ruszają do Gethara. Jego namiot jest z drugiej strony obozu, rozpoznacie go po czerwonej barwie.
Tymczasem do Karczmy weszło dwóch paladynów i podeszli do Karczmarza.
- Szukamy Mistrza Asasynów oraz lewej ręki Garrusa, pani Elisif. Wiesz gdzie oni są?
- To może Ty masz jakiś plan?
Żałował że nie ma bardziej widowiskowych mocy na swój użytek, żeby odpędzić gapiów. wstał i rozejrzał się po okolicy, próbując zorientować się w położeniu względem reszty miasta.
Właściciel
- Gdybym nie stracił pamięci to na pewno miałbym ich pełno i wszystkie byłyby genialne! No ale niestety.
Paladyni skierowali się więc w stronę szpitala. Jeśli nikt ich nie zatrzymał to weszli i rozejrzeli się za kimkolwiek.
Wieża zawaliła się na wschód, więc najbliżej od wejścia był jej czubek, była jednak na tyle wytrzymała że ściany wieży rozpadły się tylko w kilku miejscach od spodu, jeśli paladyni będą chcieli się dowiedzieć co w niej jest będą musieli sami ją rozłożyć.
Odczekał jeszcze chwilę, po czym wszedł w przestrzeń mentalną próbując znaleźć ostatnie odkształcenie.
Właściciel
Nie znalazł żadnej, podnóża wieży były zbyt zasypane żeby dało się tamtędy wejść.
Właściciel
///darcus, szpital///
- Hmm? - podniósł zdziwiony wzrok znad jakichś papierów. - To zależy czy chodzi ci o rozkopanie samej wieży, czy wkopanie się pod nią.
- To jesteśmy w czarnej dupie.
Z jednej strony nie mógł zrozumieć, czemu od tego nie zaczął. Z drugiej i tak potrzebował chyba wizyty w szpitalu. Skierował się ku wejściu do podziemi w karczmie.
Właściciel
- Do wieży? Trochę to zajmie, zwłaszcza że paladyni muszą zabezpieczyć teren, nie wiadomo czy w wieży nie przeżył jakiś sługus nekromanty, ale jeśli dobrze pójdzie to jutro albo pojutrze będzie można wejść.
Paladyni podeszli do jednego z medyków.
- Szukamy pani Elisif, nie widzieliście jej?
Właściciel
Tymczasem Elisif zeszła z góry Karczmy i podeszła do zastępcy Karczmarza.
- Daj trochę wody. - na rękach trzymała córkę i bujała ją lekko.
Właściciel
- Paladyni? Wiesz czego chcieli?
-Muszę pogadać z assasynem w szpitalu. na pewno mam pozwolenie czy coś takiego - Davis nie liczył się już z potencjalnymi konsekwencjami.
Właściciel
- Co do Darcusa to raczej im się nie uda, dobrze udam się do nich. - już miała wstać kiedy paladyni wyszli z podziemi.
- Ach... Tu pani jest...
- Byłam na górze, w pokoju. Coś się stało?
- Nie wiemy, Generał Garrus prosił żeby pani do niego przyszła, prosił też o przybycie mistrza zakonu, twojego brata.
- Rozumiem, udam się do niego za jakiś czas...
- Mówił żebyś przybyła jak najszybciej.
- No dobrze, w takim razie idę to niego teraz, co do mojego brata... Raczej prędko się z nim nie spotka, nie traćcie więcej czasu, porozmawiam z nim.
Davis westchnął.
-Słuchaj, ratuję tutaj świat. Albo przynajmniej tak myślę. Możesz dać mi przejść po dobroci?
Właściciel
Tymczasem powiernicy kamienia dotarli w wymiarze Masila do niewielkiego drzewa rosnącego na kamiennej podłodze na jakimś otwartym terenie, kawałek za drzewkiem widać było niewielkie schody prowadzące gdzieś. Podróżnicy byli już zmęczeni, od dłuższego czasu nic nie jedli ani nie pili, na drzewie rosły duże soczyste jabłka. Drazok zerwał dwa jabłka i jedno z nich rzucił Araniel. Ta zadowolona zaczęła je jeść. Masil stał w cieniu drzewa i przyglądał się im, nagle coś zauważył.
- Chwila... Pamiętam to miejsce. - powiedział.
- Co? Skąd? - zapytał Zaraza, która co prawda się nie męczył zbytnio jednak miał już dość chodzenia po żywym szaleństwie.
- TAK! - zawołał zadowolony Masil, reszta kompanii spojrzała na niego zdziwiona. - NARESZCIE!
- Co? O co chodzi? - zdziwił się Rages.
- Jesteśmy na miejscu! To drzewko! Ta podłoga! TAK!!! - zaczął krzyczeć i pobiegł po schodach do góry. Zaraza szybko ruszył zanim, reszta po chwili zastanawiania się czy jeść jabłka czy iść za nimi ruszyła schodami w górę.
Gdy przeszli między dwoma filarami na górze schodów wszystko się zmieniło, znajdowali się na ogromnej kwadratowej platformie od której odchodziły cztery odnóża. Jednym przyszli, przy dwóch znajdowały się jakieś skrzynie, a na końcu tego przed nimi portal. Po środku znajdował się ogromny ołtarz. Dookoła platformy wszędzie była tylko fioletowo czarna otchłań.
Skierował się do przejścia na dół, obmyślając jakiś awaryjny plan. W sumie mógł poczekać na Sana, ale marnowanie czasu wydawało się nieodpowiednie w takiej sytuacji.
Postanowił wypróbować sztuczkę z wprowadzaniem fałszywych sugestii.
-Przejść? Byłem tu już z dwa razy. Pamiętasz mnie przecież. Czyż nie?
Właściciel
Zaraza odruchowo cofnął się od niego o krok.
- Jesteś pewien, Masil? To tutaj? Wolałbym nie stracić kamienia. - powiedział, wciąż nie ufał Skale.
- Ta, to tutaj. Wy tam! - zawołał do Elfki, Drazoka i Ragesa. - Tam jest portal do wyjścia, radzę wam się streszczać bo zaraz zaczynamy.
- Gdzie w ogóle się pojawimy na zewnątrz? - zapytał Rages niepewnie, a mimo wszystko zadowolony że wreszcie opuszczą to miejsce.
- Nie mam pojęcia, nie opuszczałem tego miejsca tyle co wy. Jeśli nie minęło sześć tysięcy lat i wszechświat jeszcze istnieje to nie powinniście się martwić, chyba. Dobra Zaraza, daj mu kamień, czas to wreszcie skończyć.
- Jasne... - odparł niechętnie Zaraza i rzucił kamień Skale. - Mam już się zbierać żeby mnie nie rozsadziło razem z tym przeklętym miejscem?
- Czekaj. - powiedział Masil i poszedł do jednej ze skrzynek, wyjął stamtąd jakiś niewielki pergamin i podał Zarazie.
- Co to jest?
- Myślisz że Xardas dałby mi ten kamień za darmo? Daj spokój. Miałem mu w zamian to załatwić.
- No dobra, ale co to jest?
- Kod Fexeliera. Ten kod stworzył i zapisał pewien uczony krasnolud wieki temu. Nie powstała żadna kopia, to jedyny egzemplarz. Uprzedzę twoje pytanie, nie mam pojęcia do czego służy ten kod, nikt niema. Ponoć wiedział o tym tylko sam Fexelier. Nie mam pojęcia po co Xardasowi był potrzebny ten kod, dziwne by było gdyby okazało się że on wie do czego on służy. No ale cóż, udało mi się go nabyć, a mi i tak nie jest potrzebny. Może ty znajdziesz dla niego jakieś zastosowanie.
- Zobaczymy. - powiedział Zaraza, wziął pergamin i go rozsunął. W środku znajdował się kod
"7 4 3 9 8 5 2".
- A więc to tyle. - powiedział Masil i poklepał Zarazę po ramieniu. - Pozdrów Darcusa.
- Postaram się. - odparł Zaraza i ruszył do portalu. Zostali sami, Masil i Skała.
- Dobra, rób co musisz, postaraj się użyć jego mocy tak żeby naprawił mój wymiar, jeśli się nie będzie dało, zniszcz go. Całkowicie. - powiedział i stanął obok niego zakładając ręce.
Właściciel
- Cholera! - zawołał Masil - To działa! A myślałem że już nic nie naprawi tego chorego miejsca! - wstał zadowolony i zakręcił się na jednej nodze potem z powrotem upadł na trawę. Położył się i spojrzał w niebo.
Właściciel
Masil wstał i "uścisnął", jeśli można to tak nazwać jego dłoń.
- Jasne, ja też mam tu teraz sporo do zrobienia. - odparł mu.
Tymczasem Abraxas idąc długi czas przez pustynię zbliżał się co raz bliżej orkowej stolicy. Rano powinien dojść na miejsce. W tym momencie ujrzał jednak kogoś przed sobą. Stał przed nim człowiek przeciętnej postury, nosił zbroję z nieznanego pochodzenia łusek oraz chityny jakiegoś sporego robala, naramienniki były zrobione z czarnego metalu i pokrywały je kolce, tak samo było z nałokietnikami oraz nakolannikami. - tak to się nazywa? - Jego głowa była cała zabandażowana więc nie widać było kto to, lub co to. W rękach trzymał dwa różne spore miecze. Stał przed Abraxasem.
Karczmarz nie pewien co robić chciał zacząć biec w inną stronę jednak postać pojawiła się tuż przed nim, zamachnęła się i bokiem miecza zwaliła Gniotka z nóg. Chciał wstać jednak postać przydepnęła go swoim metalowym butem.
- Czego chcesz?! - warknął Abraxas swoim chrypliwym nieco goblińskim głosem. Postać nie odpowiedziała mu, wciąż patrzyła w jego stronę. Karczmarz próbował się wyrwać jednak był na to za słaby. Usłyszał jakieś głosy dobiegające z daleka zza postacią. Nieznajomy odwrócił się w ich stronę i nagle przemienił się w piach który z wiatrem rozsypał się po pustyni. Do Gniotka podeszło dwóch orków.
- Co to jest? To mora? - zapytał jeden drugiego.
- Czekaj no... To on! - zawołała drugi.
- Co? Kto to?
- Nie pamiętasz co mówili orkowi szamani? Przepowiednia się sprawdza, ten jedyny powrócił!
- Zaraz... Na Beliara! To rzeczywiście on! Pasuje jak ulał! Cholera! Co on tu robi?! - orkowie wyglądali na dość podekscytowanych.
- Nie mam pojęcia, musimy zanieść go do miasta!
Kiedy chcieli go podnieść zaczął się szarpać jednak po chwili się poddał. Był już zmęczony tak długą podróżą. Podnieśli go i ruszyli w stronę miasta.
Właściciel
- Gobliny? - zdziwił się Masil patrząc stronę z której dochodził głos. - Zupełnie o was zapomniałem.
Właściciel
- Ja... Zamierzam teraz, kiedy mam możliwość przerobić ten wymiar tak, żeby mi to odpowiadało, w jego poprzedniej wersji nie było to zbyt możliwe, teraz, jestem chyba wstanie to zrobić.
Właściciel
- Hmm... - zastanowił się Masil. - Właściwie przydałby mi się ktoś do pomocy, nie wszystko można sobie ot tak stworzyć, niektóre rzeczy trzeba przynieść z różnych miejsc. A ja sam nie mam tyle czasu żeby robić to wszystko na raz.
Właściciel
- Hola hola! Nie spieszcie się tak! - uniósł ręce w obronnym geście. - Powiedzcie mi najpierw, znacie się cokolwiek na magii?
Właściciel
- No dobra, tym zajmę się sam. A jak z waszą siłą? Ile uniesiecie?