Właściciel
- Nie wiemy jak się nazywa, nie zdziwiłbym się gdyby została odkryta niedawno. Powoduje że zarażeni dość szybko zaczynają mieć halucynacje, widzą jakieś dziwne zjawy, stwory. Czasami dochodzi do tego że biorą kogoś za demona i rzucają się na niego w szale. Poza tym wywołuje okropną gorączkę i koszmary, w ciągu trzech dni chory umiera. Wtedy w etapie rozkładu zaczynają unosić się z niego toksyczne gazy przez które zarażają się inni, zakopanie trupa nic nie da, to cholerstwo przesiąknie nawet ziemię. Ogień, to jedyny dobry sposób jaki na razie znaleźliśmy. Dlatego składujemy ciała na środku wioski i podpalamy, nie jest to najlepszy widok, ale nie mamy wyjścia.
Właściciel
- Nie jestem pewien, nie znam tej choroby. Musielibyśmy rozejrzeć się i zbadać tą chorobę żeby znaleźć lekarstwo, a to może trochę zająć.
Właściciel
Lekarze ruszyli więc do wioski i zajęli się badaniem choroby, paladyni rozbili niewielki obóz przed wioską.
Goblin tymczasem znieruchomiał widząc w lesie wilka. Wilk ten jednak z jakiegoś powodu wydawał mu się inny, jako jedyny miał czarne futro, poza tym widział w jego oczach coś co od razu mu się spodobało. Postanowił że spróbuje go złapać. Zakradł się w miarę blisko i rzucił do niego jakimiś niespotykanymi na tym kontynencie chrupkami. Wilk ujrzał go następnie odwrócił się i zaczął uciekać.
- Cholera dziwne, zazwyczaj to działa. - wstał i zamontował coś w swojej spluwie, po chwili wystrzelił z niej sieć która chwyciła wilka wywracając go na ziemię, zwierze zaczęło się szarpać próbując się wydostać. Goblin zadowolony ruszył w jego stronę. Kiedy był jednak w miarę blisko wilk zaczął się przemieniać, ujrzał jakąś młodą dziewczynę.
- Cholerni druidzi przymierza! - zawołał goblin. - Wiedziałem że coś tu nie gra! - powiedział mierząc lufą w dziewczynę i przyglądając się jej.
- Spieprzaj ode mnie!
- Sama odejdź... A no tak, jesteś związana! - zawołał zielono-skóry po czym zaśmiał się krótko.
- Spróbuj ją dotknąć a jesteś martwy. - usłyszał czyiś głos, spojrzał w stronę wzgórza.
Karczmarz celował w niego z łuku gotowy wystrzelić.
- No proszę, jest i was więcej. Mam tylko jedno pytanie, ty wiesz że ja mogę zamienić sytuację? Odłóż broń albo nie będzie czego po niej zbierać. - powiedział jedną ręką celując w dziewczynę a drugą patrząc na Gniotka.
- Ty su**nsynu, czego od niej chcesz? - powiedział Karczmarz nie ruszając się.
- Tak się składa że zamierzałem złapać sobie coś nowego, ale twoja koleżanka okazała się być człowiekiem.
- To nie moja koleżanka, tylko córka.
- Ach no tak... To się zgadza...
- Po prostu ją zostaw, założę się że nikt z nas nie szuka kłopotów. - odparł Karczmarz.
- Miałbym ominąć opcję ustrzelenia dwóch członków przymierza? - zastanowił się chwilę. - Ach no dobra, i tak pewnie nie jesteście nikim ważnym. - mówiąc to schował broń na plecy i przykucnął i wyjął nóż. Kate zaczęła się szarpać jeszcze bardziej. - Przestań się ruszać do cholery bo skończysz jak pokrojony filet. - mruknął goblin na co znieruchomiała, zielony przeciął powoli sieć na tyle żeby była wstanie wyjść.
Gniotek szybko podszedł bliżej, goblin odsunął się dwa kroki do tyłu.
- Jeszcze jedno, o jakim przymierzu ty znowu gadasz? - zapytał Karczmarz pomagając wstać córce.
- Dobra starczy, nie jestem na tyle głupi żeby nie zorientować się po czyjej stronie stoicie, nie wkurzaj mnie więc bo i tak masz szczęście że postanowiłem darować sobie dzisiaj strzelaninę.
- A co gdybym to ja strzelił pierwszy?
Goblin roześmiał się głośno.
- Zabawne, z całą pewnością nie wyglądasz na kogoś kto strzela lepiej ode mnie, poza tym. Widzisz ten róg? - zapytał wskazując róg u swojego pasa. - Wystarczy żebym w to zadął a nie została by z was ani kosteczka.
- Załóżmy że masz rację, mniejsza. Choć Kate, zabieram cię do miasta.
- Co? Po co? - Kate zdążyła już wstać i wsłuchiwała się w ich rozmowę.
- Wkrótce w okolicy zrobi się niebezpiecznie, lepiej żebyś nie zostawała sama.
- Co się dzieje?
- Opowiem ci po drodze, nie mamy dużo czasu. - powiedział i ruszył w stronę miejsca gdzie zostawił konia. Kate spojrzała jeszcze raz na goblina po czym ruszyła za nim.
- Ciekawe... - zamyślił się chwilę po czym usiadł na pobliskim kamieniu.
Tak minęło kilka następnych godzin. Ludzie po rozstawiali wszystkie najważniejsze rzeczy w mieście i zabarykadowali zamkniętą bramę. Około jedna czwarta ludzi postanowiła zostać i bronić swoich domów. Reszta - w tym Elisif oraz jej obie córki - skryła się w podziemiach asasynów wraz z zapasami przeniesionymi na dół.
Na górze tymczasem gotowi na wszystko czekali ci, którzy nie bali się śmierci. Większość ludzi kryjących się pod ziemią zaczęła nazywać ich Drużyną Samobójców, co w sumie według tego co miało nadejść zgadzało się z prawdą. Część ludzi czekała w środku miasta odpoczywając lub trenując, kilku strażników oraz ludzi którzy zostali na zewnątrz obstawiła mury, głównie od strony stolicy. W którymś momencie kiedy oczekiwania zdawały się nie mieć końca zza horyzontu ujrzeli coś.
Na początku był to jeden konny, po chwili ujrzeli nadchodzącą od strony stolicy tysięczną armię gotową rozszarpać ich na kawałki.
- Nadchodzą! Wszyscy przygotować się! - zawołał głośno paladyn na murach.
///To czy dana postać sterowana przez gracza ruszyła do podziemi lub została może zostać opisanie ale nie musi.///
Konto usunięte
Albert jako iż do walki się nie nadaje szybko ruszył w stronę podziemi, więcej dobrego tam wskóra niż na murach
Właściciel
Armia powoli i groźnie zbliżała się w stronę miasta. Na przodzie było paru konnych, jednak większość stanowiła piechota.
Minęło jakieś dziesięć minut kiedy armia dotarła na tyle blisko że było widać ją w całości. Tysiąc paladynów gotowych wkroczyć do miasta i zniszczyć każdego kto tylko się w nim znajduje. Wydawali się zimni, nie tak jak zwykli paladyni, którzy starają się wspierać obywateli i pocieszać najbardziej jak mogą. Nie, to już nie byli tacy paladyni jakich Myrtana znała. To byli paladyni którzy są ich zgubą.
Jeden ze strażników widząc ogrom armii zaczął się powoli cofać, drugi, z wyciągniętym łukiem zatrzymał go wolną ręką.
- Stój bracie, wybrałeś wcześniej, niema już odwrotu.
Oghren wraz z Karczmarzem stali obok siebie bez słowa. Aż krasnolud smarknął głośno i odezwał się.
- No... To zapowiada się na nie lada walka. Przeżycie jest obowiązkowe czy przyjmujecie ewentualne zwolnienia co do tej kwestii?
Abraxas uśmiechnął się.
- Im dłużej przeżyjesz, tym większą nagrodę dostaniesz.
- Wiesz jak kogoś zmobilizować! - zaśmiał się Oghren po czym obaj spoważnieli.
Armia nieprzerwanie szła w stronę miasta. Rycerze we wrogiej armii mieli już gotową broń... Chociaż może w ogóle jej nie chowali? Wyglądało na to że wszystko zaraz dobiegnie końca.
W tym momencie wszyscy usłyszeli głośne rogi. Rogi obce większości młodych, jednak ludzie walczący podczas wojny dobrze je kojarzyli.
Człowiek stojący z tarczą swego dziadka i mieczem w ręku spojrzał na resztę.
- Orkowie?!
- Przecież to niemożliwe... - w tym momencie usłyszeli coś jeszcze. Z oddali, jakiś odgłos, zza sporego wzgórza po lewej od armii na tyle oddalonego od miasta że z całego miasta nie było się wstanie ujrzeć widoków zza nim.
Armia stanęła, człowiek na koniu stojący na przodzie spojrzał w tamtą stronę.
Odgłosy stały się głośniejsze, to było wycie. Wycie i orkowe rogi. Ludzie na murach zaczęli spoglądać po sobie. Armia ustawiła się teraz w stronę wzgórza.
Kiedy odgłos był już niewyobrażalnie blisko wcześniej słyszane odgłosy ucichły. Wszyscy zgromadzeni ujrzeli zza wzgórza wybiegającego orka. Jego skóra pomalowana była czerwonymi i białymi barwami. Nie nosił pełnego pancerza jedynie pas z szatami oraz potężne naramienniki. Zwierze na którym jechał przypominało wargi, jednak dużo większe od tych spotykanych w Myrtanie.
Ork ledwo wyjawił się zza wzgórza wyjął swój ząbkowany miecz i krzyknął.
- NIE BRAĆ JEŃCÓW! - głos był tak donośny i jakby wspierany przez coś jeszcze, tak jakby ktoś chciał żeby go słyszeli, że usłyszał go każdy bez wyjątku, wszyscy na powierzchni w Anubel, oraz cała armia paladynów. Teraz zniżył się i spojrzał w stronę armii wroga, powiedział to znacznie ciszej ale wszyscy mimo to dobrze go usłyszeli. - Ale wziąć ich głowy...
W tym momencie zza wzgórza pojawiła się cała horda orków na wargach w takich samych barwach oraz podobnym uzbrojeniu. Linia jeźdźców wysunęła się przed pierwszego orka i wystawili swoje bronie. Przypominały one włócznie, posiadały jednak pod głównym ostrzem inny ostry element przypominający łopatę, wyjechali przed szefa i ruszyli w stronę armii rycerzy. Było ich około dwustu, jednak nie wyglądali na kogoś, kto się boi.
Królewscy strzelcy próbowali kogoś trafić jednak pudłowali za każdym razem. Horda jeźdźców wbiła się w armię wroga. Na oczach ludzi na murów, doszło do prawdziwej rzezi.
Właściciel
Na początku miało się wrażenie że orkowie nikną w ogromie rycerzy jednak z czasem można było zauważyć że co raz większa ilość rycerzy leży na ziemi, nie walczy.
- No dalej! Dołączmy się do nich! Będziemy czekać aż jacyś brudni zielono-skórzy załatwią ich za nas?! - zawołał Oghren wymach*jąc toporem.
- Myślę że w tym wypadku lepiej sobie darować stary. - odparł Gniotek przyglądając się ze zdumieniem walce.
Minęło dobre dwadzieścia minut nim walka dobiegła końca. Rycerzy leżeli wszędzie, zakrwawieni, spora część bezgłowa. Co ciekawe kiedy się przyjrzeć wśród wielkiego pobojowiska trudno było ujrzeć jakiegokolwiek martwego orka. Ich przodownik wsiadł na swojego warga i ruszył pod bramę miasta.
Orkowie na polu bitwy chodzili między trupami i odcinali im głowy, niektórzy wbili swoje włócznio łopaty z nabitymi łbami w hełmach lub bez w ziemię. Stwory które ujeżdżali zaczęły węszyć wśród trupów. Parę razy widać było że orkowie zauważali żywego, ścinali go żywcem.
- Otworzyć to cholerstwo! Chyba że nie wpuścicie kogoś, kto właśnie uratował wam dupy! - było słychać donośny krzyk spod bramy.
Ludzie na murach spojrzeli po sobie.
- Nie wpuszczajcie ich! Widzieliście co zrobili z nimi! Z nami mogą zrobić to samo. - zawołał jeden ze strażników.
- Nawet jeśli ich nie wpuścimy to rozerwą mury własnymi rękami byleby się tu dostać. - odparł mu paladyn.
Karczmarz wraz z Oghrenem podszedł do dwójki asasynów na murach.
- Spodziewałem się nieco bardziej krwawego końca, przynajmniej jeśli chodzi o naszą stronę.
Właściciel
- A więc? Trzeba zdecydować grupowo, Garrusa niema a Elisif jest w podziemiach. - zapytał jeden z paladynów stojący przy schodach na dół i spoglądając na resztę.
- Nie mamy dużego wyjścia - powiedział Karczmarz patrząc na pobojowiska zza murami.
- W takim razie do dzieła. Słyszeliście ludzie! Pomóc przenieść te barykady.
Zajęło im to dobre dziesięć minut, kiedy wreszcie przenieśli wszystko czym zastawili bramę, a kraty zostały podniesione. Ork spojrzał na nich niepewnie.
- Długo wam to zajęło. Ale niema co się dziwić skoro nie potrafiliście się obronić przed tamtymi. - pokazał na trupy rycerzy za sobą których przytaszczyli orkowie, dwóch z nich grało jedną z głów w piłkę i podawali do siebie. Popatrzył chwilę na paladyna po czym zapytał tak jakby do wszystkich. - Kto tu dowodzi?
Właściciel
Ork spojrzał na niego z góry.
- W takim razie niech chwilowo stanie się osiągalny. - odparł ork. - Mam gadać z nim, nie z tobą.
Właściciel
- O jaką? - zapytał z rozbawieniem ork. - Czy musisz wyjść na zewnątrz żeby zobaczyć o jaką sprawę chodzić? Czy może mam przynieść trupy do waszego pięknego miasteczka? - po czym spoważniał. - Słuchaj no człowieczku, czy myślisz że jakikolwiek ork uratowałby choćby jednego człowieka gdyby nie miał ku temu powodu? Pewien człowiek miał dla mojego ludu propozycję, my ją przyjęliśmy. Moim zadaniem, poza uratowaniem waszych dup. Jest porozmawianie z waszym przywódcą. I nie zamierzam gadać z nikim innym niż właśnie z nim. Pojmujesz, czy wysiliłeś już maksymalnie swój mózg dzisiejszego dnia?
Właściciel
Elisif siedziała w podziemiach tak jak reszta ludzi starając się od czasu do czasu kogoś pocieszać, choć sama bała się że mogło dojść do najgorszego. Siedziała więc przy ścianie z Vitą na rękach. Obok niej w milczeniu siedziała Kate patrząc na otaczających ją ludzi.
Właściciel
- Co? Co się stało? Czy ludzie króla przybyli? - spojrzała na niego niepewna i zdziwiona.
Właściciel
- Ze mną? Orkowie? Ale... - Elisif zaniemówiła na chwilę. - Dobrze... Chyba nie mam innego wyboru... Kate, zaopiekujesz się siostrą?
- Oczywiście. - odparła i wzięła Vitę na kolana. Elisif wstała.
- A więc prowadź.
Aaron wolnym krokiem zmierzał w stronę miasta... Nigdy by nie pomyślał że tysiąc ludzi może zostać zabitych w takim tempie bez użycia magii...
- Cholerni magowie - Powiedział sam do siebie.
Wyglądało na to, że nikt w mieście dziś nie zginął... Poza tymi co padli na zawał gdy zobaczyli paladynów.
Po chwili namysłu poszedł w kierunku bramy obok której gromadzili się orkowie ponieważ... Była otwarta... Nie wiedział czy przeciskanie się obok zielonoskórych jest mądrym pomysłem ale. Raz się żyje.
Właściciel
- A więc to ona wami dowodzi? - zapytał ork przyglądając się Elisif. - Spodziewałem się paladyna ale może to i lepiej. Nie ważne. Najlepiej by było gdybyśmy jednak przenieśli się w jakieś lepsze miejsce do rozmów, z dala od tego motłochu. - powiedział pokazując ludzi którzy zebrali się w okolicy.
- Możemy udać się do ratusza jeśli to takie ważne.
- Ratusz, tak to nazywacie? Może być. W takim razie prowadźcie.
- Demitiusie, mógłbyś pójść z nami? - zapytała Elisif patrząc na niego.
Orkowie nie zwrócili zbyt dużej uwagi na Aarona, wykonali swoje zadanie i byli zajęci skracaniem ciał. Można powiedzieć, że nie mieli do tego głowy, albo mieli ich zbyt dużo. Jak kto woli.
Łowca przechodząc bez większego zainteresowania patrzył na orków dekapitujących paladynów...
W końcu jak gdyby nigdy nic przeszedł przez bramę. Ze swoją standardową ponuro obojętną miną ZAWSZE przylepioną do jego twarzy przecisnął się przez tłum.
By samemu się powitać czym... Karczma bogata puki nikogo w niej nie ma.
Konto usunięte
W tym samym czasie Albert opatrywał ludzi którzy wdali się w jakieś bójki itp. Kiedy właśnie kończył zauważył Maraliusa i do niego podszedł
- Witam i dobrze pana wiedzieć w jednym kawałku panie Maraliusie
Właściciel
Elisif po drodze zawołała jeszcze Karczmarza.
- Idziesz? Możesz się przydać.
- O nie... Ostatnią rzeczą jaką mam ochotę się zajmować jest polityka. Tym razem musisz poradzić sobie sama. Zresztą i tak bym pewnie tylko pogorszył sprawę.
Przy stole obrad zebrali się więc Elisif, Demitius, Ork dowodzący tą armią oraz kilku paladynów postawionych wyżej rangą.
Ork rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Za mało tu macie skór. i Brudu. - po czym oparł się o stół. - Do rzeczy, za pewne mieliście okazję słyszeć o kimś kto nazywa się Stratum? Mam rację?
- Owszem... - odparła lekko zdziwiona jego pytania Elisif.
- W takim razie to jemu dziękujcie, gdyby nie on całe wasze miasto gryzłoby piach. Albo ziemię, jak kto woli.
- Chwila, kim wy jesteście i jakim cudem to on was tu przysłał?
- Nazywam się Kroth-gar i dowodzę Braćmi Wojny. Jesteśmy jednymi z najlepiej wyszkolonych orkowych jeźdźców na całym tym zapchlonym wszechświecie. Zresztą trudno nie być mając jako przyjaciela kogoś kto wie o Wojnie więcej niż ktokolwiek inny. - uśmiechnął się lekko. - Jeśli doszły was słuchy Stratum i jego ludzie starają się od jakiegoś czasu doprowadzić do sojuszu jego ludzi, z nami, na razie w miarę im to wychodzi. Ostatnio zaproponował nam pewien układ. Udamy się do Myrthany, i nie dość że będziemy mogli wybić niczego nie spodziewających się paladynów to jeszcze, w co wątpił, zresztą ja też, może uda nam się dojść do porozumienia. Ale skoro dowodzi wami kobieta...
- Masz z tym jakiś problem? - zapytał jeden z paladynów stojąc najbliżej. Kroth-gar zaśmiał się głośno.
- Wręcz przeciwnie. Z waszymi mężczyznami jest problem, nie potraficie sobie darować, będzie walczyć o byle gówno choćby wam się to nie opłacało, tak po prostu. Wy to wy, jednak patrząc czasami na wasze zachowanie zastanawiam się jakim prawem to wy NAS nazywacie dzikimi bestiami. Jeśli dowodzi wami kobieta, to mam z nią mimo wszystko większą szansę na dogadanie się niż, zwłaszcza, z paladynem.
- A więc, co to za układ?
- Wasz król jest kontrolowany przez pewnego maga, maga który ma dużo wspólnego z pewną grupą magów, z którą prawdopodobnie mieliście już styczność. Macie zbyt małą ilość ludzi żeby zrobić z tym cokolwiek. Ludzie z którymi będziecie walczyć są kimś z kim sobie sami nie poradzicie, nikt sobie nie poradzi. Dlatego oferuję wam pomoc, pomożemy odbić wam wasz kraj, a następnie zniszczymy cały ten ich... Kult.
- Brednie! - zawołał jeden z paladynów. - Chcą po prostu wybić jak największą ilość ludzi żeby potem podbić cały kraj!
- ON JUŻ ZOSTAŁ PODBITY. - powiedział głośnym tonem ork. - Musicie tylko otworzyć oczy żeby to pojąć.
- Czy nie może się zając tym ktoś inny? Przecież nasze miasto już jest wolne. - powiedział inny paladyn, stojący przy doniczce z małym drzewkiem.
- Bzdura. Myślicie że nie wyślą większej ilości ludzi kiedy dowiedzą się że tylu poległo? Wysłali ich tylu bo chcieli mieć stu procentową pewność że z waszego miasta nic nie zostanie. Nie spodziewali się mnie.
- Czyli jeśli dobrze rozumiem, zaatakujecie stolicę i postaracie się ją odbić, następnie zamierzacie spróbować odkryć to całe zgromadzenie magów i je zniszczyć?
- To nie jest takie proste, po pierwsze nie możemy zaatakować stolicy sami, i nie tak szybko, król już zaczął sprowadzać ludzi z innych większych miast, w Khorinis z tego co wiem nie zostali już żadni paladyni. Poza tym będziemy też musieli co jakiś czas wracać do Varantu, próbowali już załatwić Bhor-gula jednym ze swoich wysłanników, spróbują ponownie, to pewne. Ale tak, postaramy się odkryć to ich całe zgromadzenie, dowiedzieć się o co z nimi chodzi, i zniszczyć ich. Choć może się to okazać trudniejsze niż nam się wydaje.
- A co jeśli odmówimy?
- Odjedziemy stąd z powrotem na pustynię i nigdy nie wrócimy. Wkrótce wasze miasto legnie w gruzach i założę się że Myrthana nie będzie jedynym celem tego zgromadzenia. Wiemy już że są wstanie zrobić wiele, możliwe że znacznie więcej niż się spodziewamy.
- Demitiusie, co o tym myślisz? - zapytała Elisif patrząc na niego.
Aaron zaklął pod nosem widząc zamknięte drzwi. Myślał że z karczmy wyszedł ostatni i nikt się nie przejmował otwartymi drzwiami... Powolnym krokiem ruszył z powrotem w stronę strażników i paladynów by po przysłuchiwać się ich rozmowom...
Właściciel
- Nie wiem co dokładnie planują, ale przejęcie stolicy nie było dla nich takie trudne jak się wydaje. Z tego co mówił Stratum do stolicy przybył pewien mag który zaproponował królowi swoje usługi. Po jakimś czasie kiedy dowiódł już że jest godzien czegoś więcej król mianował go swoim doradcą, oczywiście trochę to zajęło. Prawdopodobnie mag ten od początku był wysłannikiem tych magów i planowali to od dawna. - odparł Kroth-gar
- A co pomyślą inni ludzie? Jeśli zobaczą armię orków biegających po kraju król może mieć tylko dowody na to że z wami "spiskujemy". - powiedziała Elisif wciąż nie będąc pewna.
Właściciel
- To nie będzie takie łatwe jak ci się wydaje. Przeprowadzenie takiej armii do stolicy przez cały kraj bez zauważenia raczej nie będzie czymś prostym. Pragnę też wspomnieć że tą armię trzeba najpierw mieć. Jestem też pewien że magowie mają jakiś plan B, a wtedy grupa jednych z najlepiej wyszkolonych wojowników na świecie może nie wystarczyć.
- Roześlą pewnie informacje że to niby zdradziliśmy kraj, pytanie jak wielu ludzi w to uwierzy. - dodała Elisif.
- To zależy od tego jak bardzo ludzie są głupi, a z tego co zdążyłem zauważyć, większość z waszej rasy zbyt dużej inteligencji nie posiada. - powiedział ork.
Właściciel
- Trudno powiedzieć, nie wiadomo czy to szaleństwo padło też na zwykłych mieszkańców stolicy i na jak wielu padnie w ciągu najbliższych dni. Więc w ostateczności można się spodziewać niewinnych ofiar do których już mogło dojść. Jak to powiedział mój przyjaciel, wojna nigdy się nie zmienia. Gorzej jednak z samą armią, nie wiemy jak wielką armię posiada sam król. Może się okazać że uda mu się wziąć na swoją stronę prawie wszystkich paladynów, a może okazać się że dojdzie do buntu, nie wiemy jak wielkie wpływy mają ci magowie. - odparł Kroth-gar
Właściciel
- Pokazaliśmy już wam na co nas stać. Ale to nie zmienia faktu że będziemy musieli zdobyć pomoc. Orkowie raczej nie wyślą nikogo więcej, zwłaszcza teraz kiedy w każdych chwili wasz oszalały król może wysłać wszystkich prosto na pustynię.
Właściciel
- Będziemy mieli czas żeby się zastanowić. Poza tym nasze przemyślenia nie mają sensu póki wasza przywódczyni nie postanowi - mówiąc to spojrzał na Elisif. - wciąż nie powiedziałaś czy zgadzasz się na sojusz z nami. Nie wiadomo ile on potrwa, może tydzień, może tysiąclecia. Doskonale domyślam się co większość mieszkańców waszego kraju pomyślała by o tym sojuszu. U nas w Varancie zresztą jest podobnie. Może dojść do jakichś walk, powstań. Ale zarówno ja jak i ty wiemy że bez tego sojuszu marny wasz los. A kontakty z wami mogą nam przynieść sporo korzyści w przyszłości. Pragnę też zauważyć że jeśli przyjmiesz te warunki, to zostaniesz pierwszym Myrthańczykiem który zawiązał pełnoprawny sojusz z orkami. - kiedy skończył wyciągnął w jej stronę rękę, jeden z paladynów przez chwilę odruchowo chciał sięgnąć po broń jednak powstrzymał się. - Pamiętaj, jeśli odmówisz, odjedziemy, a nasza noga więcej tu nie postanie.
Elisif spojrzała na Demitiusa i otaczających ich paladynów. Zastanawiała się przez chwilę. Kroth-gar patrzył na nią nieruchomo. Po krótszej ciszy Elisif wysunęła rękę i uścisnęła dłoń orka.
- Mądry wybór. - powiedział i uśmiechnął się.
W tym momencie do pomieszczenia wszedł Jack Szpada. Paladyn stojący najbliżej wejścia wyciągnął miecz.
- Jack Szpada! Ty sukinkocie! Straż szuka cię od tygodnia a ty wpadłeś prosto do nas! Zawiśniesz za flaki!
- Dla ciebie Kapitan Jack Szpada, szczurze. Zanim jednak zaczniesz wojować tym swoim cienkim kijkiem pragną zauważyć że jesteście podsłuchiwani.
- Poza tobą? Wątpię. - powiedział inny paladyn również sięgając po broń.
Kroth-gar przyglądał się temu z zaciekawieniem.
- Jesteś pewien? Nie radzę patrzeć w tamtą stronę bo was zauważy. Ale mogę wam tylko powiedzieć że kobieta siedząca na dachu budynku widzianego przez okno raczej bardzo dobrze was widzi. Ty tam. - powiedział patrząc na paladyna przy ścianie. Spójrz dyskretnie w tamtą stronę.
Paladyn niechętnie posłuchał i spojrzał we opisane miejsce, otwarł szeroko oczy.
- Pani - zniżył głos jakby bojąc się że ktoś ich usłyszy. - On ma rację, na dachu, tam siedzi jakaś kobieta.
Elisif nie wiedząc co powiedzieć spojrzała na Demitiusa.
Właściciel
Jeśli znajdował się w Karczmie chwilę przed tym jak doszło tam do pewnej zimnej walki w której zginął zastępca Karczmarza to wiedział iż jest to właśnie ta kobieta która to spowodowała.
Właściciel
- Myślicie że się nie zorientuje? - zapytała Elisif.
- Właściwie to kim ona jest? - zapytał Kroth-gar ciekawy.
Właściciel
Kobieta przyglądała im się zaczynając podejrzewać że coś jest nie tak. Zaczęli zachowywać się inaczej. Czyżby to ten pirat? Może on powiedział im coś czego się nie spodziewali? - zastanawiała się.