W tym momencie Aaron dopił kolejne piwo. - Dawaj kolejne Zdzisław! Mam dziś ochotę przepieprzyć wszystko co zarobiłem... Albo większość -
Właściciel
Część ludzi rozumiała i zgadzała się, niektórzy jednak uważali to za bzdury i nie zamierzali się nigdzie ruszać.
Właściciel
Abraxas słysząc o ewakuacji westchnął tak głośno jak to było możliwe.
- Nawet teraz nie dadzą człowiekowi odpocząć.
Elisif tymczasem przypominając sobie coś i stanęła przed jednym z golemów przysłanych przez Masila.
- Podnieś ręce do góry! - zawołała, Masil mówił że będzie miała nad nimi kontrolę, teraz jednak nie chciał zareagować, stał tak przyglądając się jej nieruchomo. - Powiedziałam podnieś ręce! - dalej nic. - Dziwne... - powiedziała i szybko ruszyła w stronę Karczmy.
Na ulicy zaczęło dochodzić do rozmów i sprzeczek, między innymi także między strażnikami.
- Skoro część ludzi nie chce opuścić miasta to przecież nie możemy ich zostawić samych.
- Bzdury, skoro chcą zginąć to niech giną. Nic na to nie poradzisz.
- I z takim nastawieniem zostałeś strażnikiem co?
- Milcz, po prostu nie zamierzam umierać przez idiotów.
- Wy tam! - zawołał jakiś paladyn niosący z kilkoma strażnikami jakieś skrzynie. - Zamiast tak gadać chodźcie i przydajcie się, idziemy zabarykadować bramę. No chyba że wolicie jak ślimaki schować się w podziemiach i myśleć że nikt was tam nie znajdzie!
Pierwszy strażnik od razu dołączył do paladyna, ten drugi natomiast westchnął i ruszył w stronę formujących się grup które zamierzały się skryć w podziemiach.
Jednak między obywatelami też dochodziło to sprzeczek.
- Jeśli tu zostaną to wygadają Im gdzie się skryliśmy! Zginiemy przez nich! - wołał jakiś brodaty człowiek wymach*jąc swoją torbą.
- Milcz starcze i idź się ukryć pod swój cholerny kamień! - odpowiedział mu jakiś obywatel który siedział teraz pod murem i czyścił jakąś starą tarczę.
- Nie będę milczał kiedy ktoś zamierza nas wydać zapewne po to żeby samemu przeżyć! To zdrajcy! Tylko dlatego zostają!
- Zamknij swój parchaty ryj albo ktoś będzie musiał ci go odebrać! - wrzasnął Oghren unosząc swój topór do góry. Starszy człowiek umilkł.
Oghren podszedł do człowieka z tarczą.
- Twoja?
- Mojego ojca, zginął podczas pierwszej wojny z orkami. Pomyślał kto że kiedyś ktoś będzie jej musiał użyć przeciwko swoim rodakom.
- Nie musisz, możesz ukryć się pod ziemią.
- A czy wyglądam na kogoś kto zamierza się ukryć pod ziemią i czekać na nie wiadomo co? Mój ojciec zawsze powtarzał, człowiek który się poddał, to martwy człowiek.
- Dobrze powiedziane. Czyli rozumiem że będę miał cię obok siebie podczas walki?
- Jasne. Prędzej zjem własny dobytek niż się skryję przed walką! To jest nasze miasto! I mam gdzieś czy chce je zdobyć armia orków czy jakiś skorumpowany król!
Chwilę później dołączyło do nich wielu innych. W większości mężczyźni ale czasami przychodziły kobiety.
- Pomyśleć że doszło do tego że to kobiety będą musiały bronić mężczyzn którzy mają za mało jaj żeby bronić własny dom i rodzinę! - zawołała jedna z kobiet licząc swój zapas strzał.
Kiedy Elisif wróciła do pokoju zobaczyła Karczmarza ubierającego się.
- Czyli słyszałeś już informacje?
- Tak, ale ja nigdzie nie zamierzam się kryć.
- Zaraz, co? - zapytała Elisif nie rozumiejąc.
- Niektórzy ludzie zostają na zewnątrz, przyda im się ktoś do pomocy.
- Co? Nie! Nie ma mowy! Dopiero co wróciłeś, musisz odpoczywać, nie możesz zostać tam i zginąć!
- A kto mi broni? Król? Asasyni? To ci dopiero zabawne. - powiedział Gniotek uśmiechając się i zakładając pusty plecak na plecy.
- Nie rozumiesz zagrożenia? Musimy się ukryć i przeczekać!
- Przeczekać? Żartujesz sobie? Podejrzewam że taka ilość rycerzy chcących walki prędzej rozkopie miasto do środka planety niż odpuści. Elisif zrozum, asasyni mogę się kryć, robili to całe życie. Mogą skryć się obywatele, ale nie ja.
- Skoro nie chcesz tego robić z rozsądku to zrób to dla mnie... - w oczach stanęły jej łzy.
- Elisif, za parę godzin, kiedy będę stał na murze strzelał w armię tak wielką że mogliby teraz ruszyć do Varantu i zadać potężny cios orkom, zrozumiesz że zostaję dla ciebie.
- A co z naszą córką! Przecież dopiero co cię poznała!
Abraxas spojrzał na Vitę.
- Tak też podejrzewałem. Zapominasz Elisif jednak o jednej rzeczy.
- Jakiej...?
- Mamy jeszcze drugą córkę, a Oni jeśli nie znajdą prawie nikogo w mieście wpadną w taki szał że nie spłonie tylko miasto, ale i wszystko w okolicy, razem z lasem. - kiedy skończył mówić pocałował ją w usta. - Skwarek chodź! Mamy coś do zrobienia.
Po tym jak to powiedział Skwarek i wyczołgał się spod łóżka i ruszył w za Karczmarzem który wyszedł z pokoju a następnie z Karczmy i skierował się w stronę bramy. Elisif stała nieruchomo nie wiedząc co powiedzieć. Strach powrócił, po raz kolejny zaczęła się bać że może go stracić. A dopiero co go odzyskała...
Kiedy Akrylowi i Ebonowi wreszcie udało się przenieść do wymiaru Masila ujrzeli chaos większy niż kiedykolwiek. Praktycznie wszystko było zamrożone, oba gobliny były przymrożone do drzewa na środku tak że mogły ruszać jedynie głową. Masil leżał na ziemi a nad nim stał człowiek w błękitnej szacie. Dwóch innych majstrowało przy kuźni golemów.
- Masil! - zawołał Akryl.
- No proszę, a więc to wy jesteście tymi sługami których nam brakowało. Zastanawialiśmy się gdzieś cie się skryli. - powiedział człowiek stojący przy Masilu.
- Ty su**nsynu! - krzyknął Akryl, w tym momencie wszystko wydarzyło się tak szybko że zrozumiał dopiero po chwili. Widział lecący w jego stronę lodowy pocisk, nagle coś zasłoniło mu całą widoczność a po chwili upadło na ziemię. Spojrzał tam, skała. - Ebon! - leżał na ziemie nie ruchomo.
- Cóż masz za dzielnego przyjaciela... Znaczy chciałem powiedzieć, miałeś.
- Ty sku*wysynu! Ebon! - ukląkł przy nim. - Ebon odezwij się! Powiedz coś!!! - wrzeszczał i trząsł nim. Nic.
- Akryl... - odezwał się cicho Masil. - Sam nic nie zdziałasz... Znajdź Piątkę... Oni pomogą... - odezwał się cicho po czym zamilkł. Akryl nie wiedział czy nie żyje czy jest zbyt zmęczony.
Akryl od razu zrozumiał o kogo mu chodzi. Rozejrzał się i ujrzał otwarty portal. Spojrzał na maga w szacie, podniósł szybko fragment Ebona i pobiegł w stronę portalu. Słyszał że tuż za nim latają pociski, jeden przeleciał tuż przed nim, szybko wskoczył w portal i gdzieś go przeniosło.
- Znajdziemy go. - powiedział mag. - A zaraz sprawdzimy do czego zdolne są te golemy. - uśmiechnął się i ruszył w stronę kuźni.
Konto usunięte
Albert tymczasem wstawał na nogi obudzony dźwiękami ewakuacji , otworzył drzwi swojego pokoju żeby się rozejrzeć
Aaron zaczął tworzyć bardzo długą wiązankę siedząc a raczej będąc rozwalonym przy barze... Po chwili nie widząc innej możliwości wstał i poszedł sobie samemu nalać piwa. Upił solidnego łyka i zaczął myśleć co tak właściwie powinien zrobić... Nadal z kuflem w dłoni wyszedł z karczmy szukać jakiegoś strażnika który by mu powiedział z której strony nadciągają rycerze tak by zakapturzony łowca mógł czym prędzej udać się w stronę przeciwną bo na pewno nie zamierzał nadstawiać karku za jakieś tam miasto...
Właściciel
Karczmarz po chwili dotarł do bramy.
- Stać! Zamykamy bramę, wolimy żeby nikt nas nie zaskoczył.
- Musicie poczekać, w lesie jest moja córka, muszę po nią iść.
Paladyn westchnął.
- Cholera, no dobra, ale jak za pół godziny nie wrócisz to zamykamy.
- Dzięki. - powiedział i poszedł w stronę lasu.
Co raz więcej osób to schodziło do podziemi to postanawiało zostać w mieście. Parę razy doszło do bójek na szczęście nie było to nic z czym strażnicy by sobie nie poradzili.
Konto usunięte
Albert po obejrzeniu sytuacji podszedł do jakiegoś asasyna
- Przepraszam co się dzieje dlaczego ludzie się ewakuują i dokąd oraz czy mógłbym jakoś pomóc
Mniej więcej w tym momencie Aaron wypatrzył jakiegoś assasyna do którego natychmiast podszedł. - Te, koleś. Mógłbyś mi powiedzieć z skąd idą ci źli ludzie o których tyle gadają? Chciałbym być daleko za miastem gdy oni będą palić i gw**cić... Was...
Konto usunięte
Albert to usłyszawszy natychmiastowo zbiera się i idzie na główny rynek
Właściciel
Uzbierało się tam już sporo ludzi, okazywało się że mniej więcej 1/4 miasta zostaje i stara się jakoś pomóc w obronie.
Konto usunięte
Albert rozgląda się za jakimś paladynem, strażnikiem lub asasynem to którego mógłby się zgłosić po oczywisty przydział obowiązków , w sumie szuka wyżej wymienionych osób żeby odbębnić formalności
Łowca udał się w stronę zachodnią (a przynajmniej taką miał nadzieję) by wyjść z miasta, pójść do lasu albo w inne trudno dostępne miejsce i z jakiegoś dogodnego punktu obserwować miasto...
Właściciel
W okolicy było pełno paladynów czy strażników, ale nikt nie wyróżniał się jakoś nadzwyczajnie, musiał więc spróbować.
Konto usunięte
Podszedł więc do pierwszego lepszego paladyna
- Witam, czas nas obu nagli więc będę się streszczał, nazywam się Albert i jestem Doktorem, chirurgiem rzecz jasna, powód mego bycia tu w tej chwili może się pan domyślić
Właściciel
- Chirurg? W Anubel? - spojrzał na niego zdziwiony. - Rozumiem że chcesz pomóc? Cóż, w tym momencie nie kojarzę żeby komuś trzeba było usuwać strzały z głowy ale po przybyciu tej armii to kto wie. Jeszcze nie potrzebujemy lekarza, ale przyda się każda para rąk jeśli nie brzydzisz się pracą fizyczną rzecz jasna.
Konto usunięte
- Jakby się nad tym zastanowić to chirurg nie powinien się brzydzić pracą fizyczną , więc gdzie mam iść i co zrobić ?
Właściciel
- Jasne. - usłyszał odpowiedzi niektórych. Garrus jadący z przodu rozglądał się.
- Dziwne że ktokolwiek dał radę przeżyć coś co tak zmieniło krajobraz.
- Rozumiemy. - odparł Inkwizytor w imieniu całej grupy.
- Straszne... - powiedział później ściszonym głosem wypatrując jakichś śladów życia na tym pustkowiu.
Właściciel
- W ogóle mamy plany w jakiej kolejności rozejrzymy się po tym pustkowiu? - zapytał niepewny Garrus.
- To świetnie, udaj się pod ratusz i pogadaj z Rennem, on ci powie co masz robić. - odparł paladyn Albertowi po czym ruszył w stronę bramy powolnym krokiem.
Konto usunięte
- Ehh czekaj ja nie wiem gdzie jest ratusz
Właściciel
Paladyn nie zatrzymując się wskazał ręką w stronę ścieżki która prowadziła do ratusza.
- Spójrzcie! Dym! - zawołał jeden z paladynów wskazując gdzieś palcem. Ze wskazanego miejsca w oddali za wzgórza unosił się sporych rozmiarów czarny dym.
Konto usunięte
Albert szybko zakłada swoją maskę i idzie w stronę ratusza
Właściciel
Kiedy weszli na wzgórze zauważyli sporą elfią wioskę, z jej środka unosiły się kłęby dymu.
Przed ratuszem stał paladyn i nadzorował ludzi gromadzących jakieś skrzynie obok siebie.
Konto usunięte
Albert podchodzi do paladyna
- Pan to paladyn Renn tak ?
Właściciel
- A no ja, w czymś problem? - zapytał przyglądając się nieznajomemu.
Konto usunięte
- Nie tylko tu jestem po coś co sprawi że będę przydatny
Właściciel
- A więc przysyłają mi dodatkowe ręce do pracy co? W sumie to dobrze. Widzisz te skrzynie? Jak myślisz? Co w nich może być?
Właściciel
- Mamy go puścić samego? - paladyn spojrzał niepewnie na Garrusa.
- Nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł. Idź z Lefrym za nim, sprawdźcie to.
- Tak jest. - odparli paladyni i obaj ruszyli za Sanem.
Kiedy dotarli do wioski zastali dwóch elfów pilnujących, wyglądali na zmęczonych, kiedy ich zobaczyli od razu się rozbudzili.
- Stać! Kim wy do cholery jesteście?
Konto usunięte
- Broń ,jedzenie, materiały medyczne
Właściciel
- A czy wyglądamy na kogoś kto nie potrzebuje pomocy? Jednak jeśli nie macie żadnych lekarstw to i tak na nic nam się nie przydacie. W wiosce panuje epidemia, jeśli nie znajdziemy szybko lekarstwa które by nam pomogło to wszyscy w końcu wylądują na stosie po środku. - odparł elf przyglądając się to Sanowi to paladynom.
- Nic bardziej mylnego. - odpowiedział paladyn. - Wszystkie skrzynie tego typu ustawiliśmy w innym miejscu, sporo zanieśliśmy zanosimy do podziemi. To jest nasz plan B, coś co ma nam zapewnić że ci paladyni nie znajdą reszty w podziemiach. Słyszałeś kiedyś o Solach Beerona?
Właściciel
- Nie mam pojęcia, nie znam się na tym, może nasz alchemik wiedziałby co by mogło pomóc.
- Daleko stąd za oceanem istnieje kontynent zwany Tamriel. - zaczął paladyn. - Jednym ze składników wykorzystywanych tam są tak zwane Sole Ognia. To co znajduje się w tych skrzyniach to Sole Beerona. Człowiekowi temu udało się je przetworzyć w taki sposób że mogą one okazać się niezwykle przydatne w walce. Zamierzamy ustawić te skrzynie na środku miasta. Jeśli nasi ludzie którzy chcą zostać na powierzchni i jest pewne że polegniemy, zamierzamy dopilnować żeby paladyni nigdy nie trafili na ludzi kryjących w podziemiach. Ciekawi cię zapewne jak? Spalimy to miasto razem z nimi w środku.
Konto usunięte
- Hm zakładam więc że mam pomóc je przenosić
Właściciel
- Dokładnie tak. Na zewnątrz zostaje nie cała połowa miasta, a nie wielu ma ochotę nosić skrzynie które jak się nie będzie ostrożny mogą cię podpalić. Więc uważaj.
- Może być teraz zajęty, ale zajrzę do niego. - powiedział strażnik i ruszył do środka wioski, wrócił po jakichś dziesięciu minutach. Alchemik wyglądał na dość starego a jego ręce były brudne od zaschniętej krwi.
- A więc chcecie pomóc? Radziłbym wam nie zostawać tu zbyt długo, chyba że chcecie rozprzestrzenić chorobę.
Konto usunięte
- Jestem chirurgiem więc o ostrożności nie trzeba mi mówić
Bierze jedną skrzynkę
- Gdzie mam dokładnie ją zanieść ?
Właściciel
- Na środek rynku. Tam chcemy je wszystkie ustawić.
- Jeśli zostaniecie tu na tyle długo żeby nam pomóc to prawdopodobnie sami się zarazicie. Potrzebujemy znaleźć lekarstwo a tutejszą chorobę. Jedyne co udało nam się do tej pory odkryć to to że rozprzestrzenia się drogą powietrzną. Wystarczy że będziesz zbyt długo rozmawiał z osobą która jest zarażona i sam się zarazić. Dlatego spalamy ciała, dzięki temu przy rozkładaniu nie unoszą się gazy z chorobą.