Właściciel
Zaraza zamknął portal i ruszył za Parakhiem.
- Swoją drogą, daleko jeszcze?
Poświęcony rozejrzał się zdziwiony, spojrzał na karczmarza.
- Ja... Emm... Szczerze to nie mam pojęcia... Jakiś koleś mnie tu przeniósł... Było ich dwóch... Jeden otworzył portal i mnie tu wrzucił... Goniła mnie jakaś kobieta a ja trafiłem na nich... Jasna cholera...
Właściciel
Poświęcony usiadł powoli.
- No cóż... Wyglądało to mniej więcej tak. Ja i jeden z młodzików, Flenti, dostaliśmy zadanie żeby udać się do wioski orkowej przy górach, mieliśmy się dogadać z orkami w celu traktatu pokojowego, jeden z orkowych dowódców powiedział że jeśli chcemy liczyć na coś więcej musimy zdobyć orkowe pieczęcie od 5 wodzów wiosek, wtedy pozwolą porozmawiać nam z którymś z generałów, on następnie zastanowi się czy pozwoli naszemu przywódcy spotkać się z Bor-ghulem. Pracowaliśmy właśnie wtedy z Flentim dla nich żeby zdobyć poparcie ich wodza wioskowego, mieliśmy akurat przerwę kiedy do wioski weszła jakaś kobieta, nie było w niej na początku nic nadzwyczajnego póki tak jakby nigdy nic, zignorowała orka, zwykły człowiek nie robi czegoś takiego jeśli nie szuka kłopotów, w momencie kiedy jeden z orków podbiegł do niej, a ta go zabiła wiedziałem że chce dorwać mnie i Flenti'ego, orkowie rzucili się na nią a ja kazałem Flenti'emu zostać i im pomóc, sam pobiegłem, miałem zamiar dostać się do niewielkiego obozu Poświęconych założonego w górach, jednak słysząc krzyki za sobą wiedziałem że mam mało czasu, biegłem najszybciej jak potrafiłem, myślałem że już po mnie, kiedy trafiłem na tych dwóch o których ci wspominałem, jeden wyglądał całkiem normalnie... A kiedy patrzyłem na drugiego, tego który wrzucił mnie do portalu, miałem wrażenie że czuję zapach zgniłego mięsa, mówiłem im że potrzebuję pomocy, wtedy się zjawiła, tamten bardziej ludzki wyjął broń, a ten zgniły otworzył portal, wyciągnął z niego kostur, a następnie wrzucił mnie do niego, co się stało potem? Nie mam pojęcia.
W tym momencie do Karczmy - z podziemia - weszła Elisif z dzieckiem - którego imienia znowu zapomniałem - na rękach, a jako iż poświęcony mówił dość głośno słyszała całą opowieść idąc tutaj.
- Jak wyglądała ta kobieta? - Koleś wystraszył się trochę gdyż jej nie zauważył na początku.
- Emm... Nie jestem właściwie pewien, jej twarz nie była pod kapturem w ogóle widoczna, to pewnie jakaś magia, nosiła coś w rodzaju sukni jednak pod nią był jeszcze jakiś materiał, nie miałem zbyt dużo czasu na dokładnie przyglądanie się jej.
Właściciel
- Można tak powiedzieć... Była tutaj jakiś czas temu, szukała Stratuma, groziła mi że skrzywdzi Vitę, powiedziałam jej że nic nie wiem ale że kilka dni temu był tu jeden z poświęconych który zdezerterował i ruszył do jednej małej wioski niedaleko stąd.
- Szukała... Stratuma? Ale jeśli... O bogowie...
Konto usunięte
//Tak żeście się rozkręcili, że nie ma jak własnego wątku wcisnąć//
Właściciel
//możesz go wcisnąć ale musisz na bieżąco kręcić młynkiem żeby nie się zgubił//
Konto usunięte
//Chodziło o postać, ale nawet nie wiem, co tu się aktualnie odpi***ala, bo nie chciało mi się czytać ._.//
Właściciel
//zazwyczaj nikomu nie chce się czytać, i tu pojawia się problem//
- w Varancie, przy górach.
Właściciel
- Nie wiem.. Może... Nie było zbytnio czasu na przedstawianie się.
Właściciel
- Z tego co wiem to jednym z większych powodów było to że niezbyt chyba podobało mu się jak działają asasyni, to znaczy, jak on to ujął "pchają się do wszystkiego, nie pozwalając pokazać własnej wartości, uważam to za obrazę, gdyż uważają że nie jestem wstanie pokonać czegoś, o czym wiem więcej niż oni".
Właściciel
- Nie wiem, nie znam się na polityce orków, wiem tylko że trzeba powstrzymać tą przeklętą kobietę.
Właściciel
- Taką która wybiła cały obóz orków i zamierza zabić Stratuma. - odezwał się Poświęcony.
Właściciel
- A czy wyglądam jakbym żartował? Gdyby nie ten cały Para... Prakhanga... Praghonta... No sami wiecie kto, już dawno jadłbym glebę.
Właściciel
- Wtedy już nie będzie komu pomagać, Stratum będzie dawno martwy. Widziałem co ona jest wstanie zrobić, myślę że nie miną nawet dwa dni nim ona go znajdzie i zabije.
Właściciel
- W takim razie po co proponujesz pomoc, skoro nie ma na nią szans, jeśli jakaś by istniała, to trzeba by się tym zająć jak najszybciej, psiakrew, kim ona do cholery w ogóle jest? I skąd wiedziała że przybywamy do Myrthany?
Właściciel
- Nie wiem czy to coś da - zaczęła Elisif - ale kiedy ją spotkałam mówiła o tym że jej ojciej zostać zabity, a ona zamknięta na bardzo, bardzo długo, z tego co zrozumiałam to jest czymś w rodzaju wampira, tylko potężniejsza, mówiła że to Stratum ją tam zamknął.
- Jakim cudem? Kiedy miałby to niby zrobić? Przecież skoro naprawdę została zamknięta tyle czasu temu to nie możliwe żeby to on.
Właściciel
- Można wiedzieć czym właściwie się w tym momencie zajmujecie że macie problemy z ludźmi?
Właściciel
- Potężnego nekromantę? Masz na myśli Xardasa, tak?
Zaraza szedł za Parakhiem bez słowa.
Właściciel
- Kto buduje dom w takim miejscu? - zdziwił się Zaraza idąc zanim.
Poświęcony chciał coś powiedzieć kiedy do Karczmy wszedł Garrus z dwoma paladynami.
- Darcus, możemy porozmawiać?
Właściciel
- To ja powinienem się ciebie spytać co się stało! Możesz mi wyjaśnić czemu półgodziny temu nad miastem przeleciał smok?! Zgaduję że jak zwykle wy macie coś z tym wspólnego. Mam rację?
Właściciel
- Studiowałem waszą historię, wiem co byliście wstanie zrobić, a ty mi teraz mówisz że możecie nie dać rady? Może moi ludzie nie są tak wyszkoleni jak twoi, ale potrafią zrobić wiele, powiedz gdzie możemy pomóc, a ja to spróbuję załatwić.
Właściciel
- Takie miejsca posiadacie wyłącznie wy. - odparł Garrus i pokazał paladynom żeby wrócili do pracy a ci wyszli.
Właściciel
- A gdyby jakoś, nie mam pojęcia jak, serio, bladego, spróbować nasze problemy nasłać na siebie?
Właściciel
- Ciągle wspominaj o mocy, masz jakikolwiek pomysł gdzie można by czegoś takiego szukać?
Właściciel
- W takim razie? Trzeba je wypróbować, korzystać ze wszystkiego czego jesteśmy wstanie wykorzystać, w końcu siedzenie tutaj i załamywanie się nic nam nie da.
Właściciel
- Czyli zamierzamy wysłać ludzi żeby zająć się kolejnymi kłopotami, mam rozumieć? - westchnął. - a król obiecywał że ta praca tak naprawdę wcale nie jest trudna.
Właściciel
- Wyślę tam moich, ilu ludzi potrzebujesz?