Elisif przełknęła ślinę i zrobiła kilka powolnych kroków w przód wchodząc do pomieszczenia.
Krasnolud podszedł i z impetem wyrwał swojego buta spod głowy goblina.
- Goblin?! Tutaj?! - zawołał krasnolud po czym rzucił buta za siebie i chwycił kuszę opierającą się o stół, wycelował w goblina. - Gadaj co tutaj robisz!
- Czyli chodzi ci o to że... - do Oghrena właśnie dotarło o co chodzi, najpierw zrobił duże oczy, a potem uśmiechnął się i parsknął machając ręką. - Nie... To nie ma sensu, przecież wszystkie gobliny, elfy czy ludzie pochodzimy stąd. Jakim cudem mógłby przyjść z innego wymiaru?
Ów osoba tymczasem weszła na górę Karczmy i nie rozglądając się usiadła obok elfki. Od razu zaczął mówić coś po elficku, ale nie po uproszczonym z którego korzystało wiele elfów a także uczyło się go sporo ludzi. Ale tej pierwotnej, starożytnej wersji, w której już nawet niektóre elfy nie potrafiły mówić. Mówił płynnie, jakby uczył się tego języka od urodzenia. Elfka spojrzała na niego na początku zdziwiona, po chwili zaczęła mu odpowiadać. W końcu zaczęli płynnie rozmawiać.
Tymczasem lekarze wysłani przez ekspedycję w poszukiwaniu robaków dotarli na coś, co chyba kiedyś było bagnami.
- Myślicie, że o to może chodzić? - zapytał jeden z nich, idący na przodzie.
- Chyba tak, widzicie te drzewa? Podobne rosną raczej tylko w okolicach podmokłych terenów. - odparł mu inny.
W tym samym momencie inny, odezwał się drżącym głosem.
- Słuchajcie... Chyba to tutaj... Spójrzcie tam... - powiedział cicho.
Reszta spojrzała na niego a potem w stronę w którą spoglądał. Ujrzeli bagiennego węża, ale innego niż te które spotykało się w Myrthanie. Był prawie dwa razy większy, z ciemniejszymi łuskami, a jego skóra miejscami świeciła się na zielono. Spoglądał w ich stronę.
- Chyba powinniśmy się oddalić. - powiedział ten drugi.
W tym momencie wąż pokazał swe uzębienie, wydał z siebie głośny ryk i zaczął niezwykle szybko pełzać w ich stronę. Lekarze rzucili się do ucieczki zagłębiając się w bagna.
Tymczasem Wojna, Głód oraz orkowie dotarli do świątyni położonej na pustyni. Dookoła było tylko kilka kamiennych chatek należących do kapłanów.
- Dobra Wojna, to jest ta świątynia, gdzieś w środku powinien być szpon. Ja z moimi ludźmi zawracam, jest szansa że nikt jeszcze mnie nie widział.
- Niech ci będzie. Chodź Głód, mamy coś do zdobycia. - powiedział i ruszył w stronę świątyni.
Kroth-gar tymczasem zawrócił i udał się w stronę stolicy.
W międzyczasie wykopaliska na terenie starej wieży Xardasa szły bardzo dobrze. Cała wieża została rozłożona i przeniesiona na bok, a wszystkie z niej złożone na stosy lub do skrzyń i wozów. Teraz ludzie wreszcie wzięli się na rozkopywanie ziemi, w poszukiwaniu miejsca, z którego przybył smok.
- Zarus... Chyba znalazłem to czego szukałeś... - odezwał się cicho jaszczurolud prowadzący Zarazę do doliny między górami w której ponoć miał ukrywać się smok.
- Co? Co tam jest? - zapytał zdyszany jeźdźca wspinając się na szczyt na którym jaszczur już stał.
- Twój smok.
- Co? - kiedy Zaraza to usłyszał znacznie przyspieszył i już po minucie dotarł do jaszczura. Teraz zmęczony spojrzał w stronę doliny. A ujrzał tam
To. Dolina między wielkimi górami było ogromna, a smok... Wcale nie dużo mniejszy.
- Dziwne że tak samo osób ujrzało to monstrum lecące w tą stronę...
- On taki nie był... Musiał... Musiał... - teraz Zarazie wpadło coś do głowy. - Musiał pochłonąć moc Xardasa... Razem z nim... - powiedział Zaraza i zamilkł. Nie wiedział co powiedzieć. Czuł że smok jest potężny. Ale spodziewał się, że poradzi sobie z Tym nekromantą. Usiadł powoli na ziemi spoglądając na spokojną bestię, i zaczął się zastanawiać, co teraz.